piątek, 17 maja 2013

Maszyna różnicowa - William Gibson, Bruce Sterling - recenzja z portalu Fantasta.pl

Pośród czołowych autorów operujących szeroko rozumianą konwencją fantastyczną bardzo niewielu jest w stanie pochwalić się tym, że swoją twórczością dali początek jakiemuś specyficznemu nurtowi lub charakterystycznej stylistyce. Takich, którzy mają w swoim literackim portfolio więcej niż jedną estetykę, w której powstanie mieli znaczący wkład, jest już naprawdę niewielu. Przykładem takich wyjątkowych autorów mogą być bez wątpienia William Gibson i Bruce Sterling, którzy na początku lat osiemdziesiątych kładli podwaliny pod nurt nazwany potem cyberpunkiem. Cyfrowa, wirtualna stylistyka w swoim czasie oszałamiała wizjonerstwem i efektownymi gadżetami. Podejmowała też swoisty dialog z błyskawicznie zmieniającym się światem, w którym to informacja stała się najcenniejszym dobrem. Przerysowany, wirtualny, korporacyjny i dickowsko mroczny świat rodem z kart Neuromancera inspirował (robi to zresztą do tej pory) i stał się nieodłącznym elementem sztafażu stylistycznego fantastyki – tak ówczesnej, jak i współczesnej. Na początku lat dziewięćdziesiątych dwóch tuzów cyberpunku postanowiło połączyć siły i dać czytelnikom próbkę zabawy literackiej przedstawiającej ów nurt w zupełnie odmiennych realiach – próbkę, która z czasem stała się jednym z dzieł kluczowych dla powstania tak popularnej obecnie konwencji, jaką jest steampunk. Na takie miano Maszyna różnicowa bez wątpienia zasługuje.

Sama idea jest zasadniczo prosta: weźmy potężne komputery i przenieśmy je w świat „bez prądu”, rozwińmy koncept maszyny analitycznej i pomysły z okresu początków nowożytnej informatyki; stwórzmy alternatywną historię świata, w którym kilka drobnych kółek historii potoczyło się w inną stronę; zaprezentujmy epokę rewolucji przemysłowej w barwach, o jakich marzyło pewnie wielu współczesnych; ubierzmy w te szaty dobrą, kryminalno-szpiegowską historię i zaprośmy czytelnika do gry w czytanie kontekstów i nawiązań. Prawda, że prosta receptura? Sama książka bynajmniej prosta nie jest, choć trzeba przyznać, że czyta się ją znakomicie, a fabuła wciąga od pierwszych stron, nie pozwalając łatwo się od Maszyny różnicowej oderwać.

Można w tym miejscu rozwodzić się nad świetnymi bohaterami, ciekawie skonstruowaną intrygą, czy doskonałymi pomysłami na zwroty akcji. Można chwalić autorów za wypracowanie ciekawej stylistyki będącej jednocześnie kontrą względem ich „rodzimego” cyberpunku, z drugiej jednak strony doskonale powielającą jego schematy (walka potężnych stronnictw o władzę i wpływy, indywidualistyczny bohater o ponadprzeciętnych kompetencjach, apoteoza wiedzy i umiejętności, klimat wielkiego organizmu miejskiego itp.). Tym, co mnie osobiście zafascynowało w powieści Gibsona i Sterlinga najbardziej, jest kreacja świata. I nie chodzi nawet o sam pomysł na rozwinięcie idei maszyny analitycznej lorda Babbage’a – wynalazku, który mógł zrewolucjonizować świat. Mnie zachwycił sposób, w jaki znany nam świat został „przepisany” na realia powieści. Ilość autentycznych faktów, wydarzeń, miejsc, nazwisk, produktów czy wynalazków po prostu oszałamia. To, co autorzy robią ze znaną nam historią, jest po prostu wprowadzeniem drobnej zmiany, która wywraca pewne rzeczy do góry nogami, jednocześnie utrzymując pełną wiarygodność. Mamy zatem Adę Byron, mamy Marksa w Nowym Jorku, mamy produkty pana Colgate’a, mamy wpływy polityczne wielkiej Brytanii w Japonii, mamy powszechne powozy parowe Gurneya itp. Wreszcie samo zakończenie, w którym okazuje się, jak bardzo mógłby zmienić się świat, gdyby… No właśnie – „gdyby”, czyli literacka historia alternatywna w najlepszym wydaniu, po prostu.

Maszynę różnicową można polecać ze względu na wiele czynników, z których większość wymieniłem powyżej. Jest to po prostu powieść, w której widać wyraźnie, iż stoi za nią wizja dwóch nietuzinkowych autorów, obdarzonych nie tylko wiedzą i wyobraźnią, ale też potwierdzających swój talent literacki. Co więcej, powieść ta z czasem bynajmniej nie traci na aktualności. Ponadto, świetnie się do niej wraca, odkrywając nowe wątki, odnajdując niedostrzeżone wcześniej znaczenia. Gdy czytałem dzieło Gibsona i Sterlinga po raz pierwszy, kilkanaście lat temu, wydało mi się ono po prostu oryginalną, pomysłową „przygodówką”, łączącą stylistykę klasycznych powieści awanturniczo-szpiegowskich z końca XIX wieku z motywami bliższymi znanej mi wtedy fantastyce (czy choćby, a jakże, cyberpunkowi). Z obecnej perspektywy Maszyna różnicowa jawi mi się przede wszystkim jako literacka gra – z historią, z konwencją i z wyobraźnią czytelnika. Najlepiej takiego czytelnika, który zechce włożyć w lekturę co nieco wysiłku i poszukać ogromnej ilości odniesień i nawiązań, którymi autorzy tę powieść napakowali. A kiedy znajdziemy choć część z nich, satysfakcja z lektury będzie niemała. Bo i sama książka jest po prostu znakomita.

5,5/6

czwartek, 9 maja 2013

Avengers: Impas – Geoff Johns, Alan Davis – Wielka Kolekcja Komiksów Marvela, tom 12 – recenzja

No dobra, stało się, na blogu zagościli trykociarze. W sumie trochę dziwne, że stało się to tak późno bo komiksy kiedyś były moją wielką pasją. Z drugiej strony nie ma co ukrywać, że z czasem (i z wiekiem?)  trochę ten entuzjazm minął i obecnie sięgam po nie raczej nieregularnie.  Ale jak już się to zdarzy, zwykle nie mogę się oderwać. Postanowiłem zatem wreszcie zapoznać się z wydawaną przez Hachette Wielką Kolekcją Komiksów Marvela: raz, że wydanie na oko jest naprawdę na poziomie; dwa, że cena jeszcze do przełknięcia (w przeciwieństwie do wielu wydań z Egmontu, czy Muchy, które może i by mnie zainteresowały, ale kosztami jednak lekko odstraszają); trzy, na okładce rzeczonego tomu mamy pojedynek Thora z Iron Manem – wiele więcej mi nie trzeba było. Zakupiłem, przeczytałem, a teraz piszę. 

Tym co od samego początku rzuca się w oczy jest nazwisko scenarzysty historii zamieszczonej w dwunastym tomie WKKM. Geoff Johns kojarzył mi się bowiem zawsze przede wszystkim ze stajnią DC, a szczególnie z kluczowymi dla tego uniwersum wydarzeniami powiązanymi z Zielonymi Latarniami, czy też ostatnią serią Justice League tworzoną wraz z uwielbianym przeze mnie Jimem Lee. Tutaj mamy jednak przykład jego pracy dla konkurencji – przykład, który wywołał u mnie dość mieszane uczucia. Avengers: Impas jako album sprawia bowiem wrażenie trochę na siłę stworzonego zlepka kilku wątków z nie do końca powiązanych ze sobą komiksów. Na pierwszy plan wysuwa się motyw Thora, powstałej w kilku miejscach świata grupy jego wyznawców i odpowiedzialności za ich sytuację, jaką Bóg Gromu przyjmuje na swe barki. Oczywiście, zaangażowanie świeżo upieczonego władcy zawieszonego nad nowym Jorkiem Asgardu w ziemskie sprawy musi rodzić konflikt z interesami Avengers podniesionych właśnie do statusu niezależnej organizacji quasi-państwowej. Dodajmy do tego jeszcze machinacje Doktora Dooma i mamy całkiem ciekawą podstawę dla więcej niż niezłej historii. W albumowym wydaniu Impasu jego podstawowa fabuła uzupełniona jest o wątek borykających się z problemami Waleta Kier i drugiego Ant-Mana. I tu pierwszy poważny zgrzyt – historie te mają się do siebie jak piernik do wiatraka. Jasne, na upartego można poszukać wspólnych punktów: w obu przypadkach są to przecież opowieści o odpowiedzialności, lojalności i poważnych wyborach. Zgoda, tyle tylko, że jest to w mojej opinii za mało, aby prezentować tak skleconą całość jako jedną historię. To co tak naprawdę łączy oba główne wątki fabuły polskiego wydania Impasu, to specyficzna sytuacja, w jakiej znaleźli się Avengers po uznaniu ich za osobną siłę na arenie międzynarodowej i tejże sytuacji konsekwencje – tak na poziomie poszczególnych herosów, jak i , nazwijmy to, globalnym. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że zaprezentowana w WKKM całość na dobrą sprawę nigdy taką być nie miała, tyle tylko, że umiejscowiona jest w konkretnym momencie pomiędzy większymi, bardziej efektownymi całościami fabularnymi.

Nie zmienia to jednak faktu, że oparta na trzech zeszytach (po jednym numerze Thora, Iron Mana i Avengers) historia stanowiąca sedno tego albumu jest po prostu bardzo efektowna. Szczególnie pojedynki Thora z Iron Manem i Kapitanem Ameryką mogą zapaść w pamięć fanów superbohaterskiego komiksu. Dość mieszane odczucia mam jednak odnośnie samej fabuły. O ile udało się Johnsowi podnieść wątek odpowiedzialności i lojalności udanie wykorzystując go w historii, w której nie brakuje akcji, o tyle tak na dobrą sprawę nic z tej historii nie wynika. Ot, status quo zostało podtrzymane – to dość rzadki zabieg fabularny w konwencji superbohaterskiej, gdzie nawet ratowanie świata zwykle wprowadza w nim większe lub mniejsze zmiany. W historii autorstwa Johnsa, Jurgensa i Grella trochę tego zabrakło. Dużo więcej głębi jest natomiast w motywie zbudowanym wokół postaci Waleta Kier i Ant-Mana. I choć tu też czasem przyjdzie przymknąć oko na kuriozalne zabiegi fabularne i naiwność niektórych postaci, to w ostatecznym rozrachunku , mimo, iż mniej efektowna i epicka, jest to historia również godna uwagi.

Koniec końców muszę stwierdzić, że największą bolączką Impasu jest to, jak chaotycznie dobrana jest jego zawartość. Same historie, cóż, są jakie są. Po kolekcji mającej w zamierzeniu prezentować najciekawsze powieści graficzne (tak się bowiem kolekcja ta nazywa w oryginale) spodziewałbym się raczej bardziej obszernych, spójnych fabuł, a nie wyimków, z kilku różnych serii włożonych w jedną okładkę. W tym przypadku, mam wrażenie, zadecydowała popularność głównych bohaterów Impasu – Iron Man i Thor to przecież topowe postaci uniwersum Marvela, a historiom z ich udziałem nigdy nie brakuje efektowności. I faktycznie, jest efektownie. Tyle tylko, że znacznie ciekawsze historia schowała się nieco z tyłu, znajdując się w tym albumie trochę na zasadzie zapychacza. W sumie, mamy komiks z dwoma opowieściami, jako-takim scenariuszem, którego potencjał chyba nie został do końca wykorzystany, dość przyzwoitymi, choć nie rzucającymi na kolana rysunkami, jedną kultową sceną (no, niech będzie, że dwoma)… i w zasadzie tyle. Nie jest źle, czyta się Impas szybko i przyjemnie, ale nie powiem, żeby była to lektura, którą każdy fan komiksu koniecznie musi poznać. Osobiście po marvelowską kolekcję Hachette pewnie jeszcze sięgnę, ale raczej z dystansem i bez wielkich oczekiwań. Wolę być pozytywnie zaskoczony, niż odczuć, choćby mały, niedosyt. 

3,5/6

środa, 1 maja 2013

Wojna Zuluska 1879 - Krzysztof Kubiak - recenzja z Portalu Histotyczno-Wojskowego www.phw.org.pl

 Chyba każdy miłośnik historii czuje czasem podczas obcowania z tekstem pewne poczucie niedosytu, wynikające z faktu, iż w poszukiwaniu informacji nowych, ciekawych, trafia na fakty, które są mu już znane, a jedyne co wzbudza w nim emocje, to taki a nie inny stosunek do stanowiska autora. No cóż, taki urok dość częstego przecież, zafiksowania na punkcie konkretnego okresu historycznego czy też wydarzenia. Jest jednak na to prosta rada – sięgnąć po pozycje dotyczące wydarzeń, które nie znajdują się w centrum czytelniczej (a w pierwszej kolejności badawczej i wydawniczej) uwagi.

Stąd też, gdy podczas zakupów w jednym z elektronicznych marketów, przy przerzucaniu kilogramów wrzuconych na stertę kiepsko ilustrowanych bajeczek i poradników dla domorosłych amatorów dżemu natrafiłem na cienką książeczkę przyozdobioną całkiem efektowną okładką przedstawiającą konnego brytyjskiego żołnierza w tradycyjnej „czerwonej kurtce” walczącego z pieszym, półnagim Zulusem momentalnie w mojej głowie zrodziła się ciekawość. Fakty są bowiem takie, iż, ogólnie rzecz biorąc, kolonialne konflikty doby XIX wieku jawią się polskiemu czytelnikowi jako dość egzotyczne. Książka Krzysztofa Kubiaka zatytułowana Wojna Zuluska 1879 jest bowiem, wedle mojej wiedzy,  jednym z zaledwie dwóch opracowań poświęconych temu konfliktowi, jakie ukazały się na rodzimym rynku (drugą jest opatrzona takim samym tytułem książka autorstwa Piotra Fiszki-Borzyszkowskiego wydana w serii „Historyczne Bitwy”). Bez wahania zatem książkę tą nabyłem aby w wolnej chwili poświecić się lekturze. Dodajmy – niezbyt długiej lekturze, albowiem opracowanie Kubiaka ma zaledwie około 100 stron.

Skromna objętość nie umniejsza jednak w niczym zawartości. Autor zwięzłym, momentami może nieco zbyt suchym językiem, prezentuje tło, przebieg i rezultat konfliktu, który nawet w oczach współczesnych może szokować. Szokować choćby dlatego, iż stanowił on niesamowity przykład starcia szczupłych, ale uzbrojonych w nowoczesny sprzęt (karabiny Martini-Henry, artyleria, kartaczownice itp.) sił brytyjskich z masą półnagich tubylców, wyposażonych zwykle we włócznie i tarcze, jedynie sporadycznie korzystających z broni palnej. Co więcej, w konflikcie tym Zulusom udawało się Brytyjczyków dotkliwie pobić. Z drugiej strony zdarzały się w tym konflikcie także i sytuacje, w których tłum szarżujących niemal po zwłokach swoich towarzyszy plemiennych wojowników, nie był w stanie zbliżyć się do prujących z kartaczownic formacji brytyjskich bliżej niż na kilkadziesiąt metrów. Trzeba Kubiakowi przyznać, iż potrafi wciągnąć czytelnika w narrację o wojnie, szczególnie za pomocą sprawnych opisów bitew. Całości dopełniają ilustracje, zdjęcia, a także „ramki”, w których autor  opisuje w szczegółach elementy mogące uzupełnić wiedzę czytelnika o konflikcie o ciekawe detale. Być może czasem autorowi Wojny zuluskiej 1879 brakuje trochę lekkości pióra, może czasem opis jest odrobinę nazbyt zdyscyplinowany i uciekający od interpretacji i oceny wydarzeń, może też nie ma tu wiele polemiki ze źródłami (dotyczy ona głównie bitwy pod Isandhlwaną), jednak wciąż, jest to pozycja, którą po prostu dobrze się czyta.

Kubiak napisał książkę, która po skończonej lekturze pozostawia czytelnika z uczuciem niedosytu. Wydarzenia wojny zuluskiej potrafią autentycznie wciągnąć i to z kilku przyczyn. Po pierwsze, jest to temat bardzo skąpo eksplorowany w publikacjach na naszym rynku, przez co budzi zainteresowanie swoistą egzotyką. Po drugie, opisywany kolonialny konflikt jest bardzo ciekawy, przede wszystkim dlatego, iż jest pełen sprzeczności. Mimo ogromnych dysproporcji w liczebności wojsk i wykorzystywanej technologii zwycięstwa odnosiły tu obie strony. W tej materii Wojna Zuluska 1879 może stanowić szczególnie smakowity kąsek dla miłośników wojskowości. Można w niej bowiem znaleźć informacje nie tylko o wojennej technologii wykorzystywanej przez Brytyjczyków pod koniec XIX wieku, ale także sporo danych na temat armii (!) zuluskiej, jej organizacji, wyposażenia, a także taktyki. Okazuje się bowiem, że poddani Królowej Wiktorii nie wojowali bynajmniej z bezładną masą tubylców, ale z nieźle zorganizowaną strukturą, która była dla „Czerwonych Kurtek” godnym przeciwnikiem. Po trzecie wreszcie, Kubiakowi udaje się uniknąć przynudzania i zasypania czytelnika masą dat, miejsc i nazwisk. Jest konkretnie i na temat, w sam raz tyle, aby się czegoś dowiedzieć, ale nie mieć uczucia przesytu. I za to także należą się autorowi słowa pochwały. Reasumując, muszę stwierdzić, że Wojna Zuluska 1879 okazała się bardzo przyjemną, szybką lekturą, która pozwoliła przenieść mi się na historyczną terra incognita. Dla tych, którzy szukają tematów mniej oklepanych – jak znalazł.


Ocena wg skali PHW:
Temat i treść:  8/10
Język, styl, kompozycja tekstu: 6/10
Forma wydawnicza: 7/10

PS. Recenzja ukazała się pierwotnie na łamach Portalu Historyczno-Wojskowego

czwartek, 18 kwietnia 2013

Operacja Leopard. Gorzkie zwycięstwo - Leo Kessler - recenzja z Portalu Historyczno-Wojskowego

Beletrystyka tzw. „wojenna” zawsze kojarzyła mi się przede wszystkim z czystą rozrywką, często niewysokich lotów. I choć nie raz i nie dwa zdarzyło mi się trafić na pozycje doskonałe, które czytało się z zapartym tchem i uznaniem kiwało głową na myśl o talencie autora (ot, choćby Alistair MacLean), to jednak przede wszystkim moje skojarzenia mkną ku przez wielu wspominanych z sentymentem „Żółtym tygrysom”. W zasadzie nie powinno to budzić większego zdziwienia, wszak wojna, a w szczególności II wojna światowa, jest niemal idealnym tematem dla tworzenia literackiej pulpy.

Tak było u nas, tak samo było też po drugiej stronie żelaznej kurtyny – jak widać trendy kulturowe podziałów politycznych nie znają i, co być może jeszcze ważniejsze, nie przemijają. Skoro bowiem na „Tygrysach” wychowały się całe pokolenia, to dlaczego by nie zaserwować ich odpowiednika czytelnikowi współczesnemu? Jasne, czasy się zmieniły i szans na rynkowy sukces nie ma nic co zostało wydane na papierze, który o jakości papieru toaletowego (współczesnego) może pomarzyć. Trzeba zatem zadbać o jako-taką formę, opatrzyć to efektowną okładką, dorzucić trochę krzykliwych zapowiedzi i… można po cichu liczyć na sukces. W mojej opinii twórczość brytyjskiego pisarza - Leo Kesslera – jest bowiem niczym innym, jak właśnie literacką wojenną pulpą. Co zatem dostajemy do ręki sięgając po otwierający cykl „Edelweiss. Strzelcy alpejscy” tom zatytułowany Operacja Leopard. Gorzkie zwycięstwo (zachowana jest tu zresztą stara tradycja polskich tłumaczy, nakazująca prosty tytuł oryginału przekształcić w coś tak kuriozalnego jak tylko się da – w oryginale bowiem książka nosi tytuł Storm troop)?

No cóż, dostajemy całkiem estetyczną okładkę przedstawiającą niemieckiego żołnierza, który z pewnością nie jest żadnym z bohaterów książki. Wewnątrz okładki znajdujemy jedną z około trzystu pięćdziesięciu (sic!) książek autorstwa Charlesa Whitinga, bo tak w zasadzie nazywa się autor. Pseudonimu Leo Kessler używał on bowiem do podpisywania setek tanich powieści wojennych, które produkował, mam wrażenie, taśmowo. O literackiej warstwie w zasadzie trudno się wypowiadać: fabuła tak prosta jak tylko się da, przaśni bohaterowie, trochę militariów i… już. Jeśli za cokolwiek można autora pochwalić to chyba tylko za niezły pomysł na pokazanie specyfiki działań jednostki górskiej. Uczciwie trzeba także Kesslerowi oddać, że akcja jego powieści toczy się szybko i wartko. Nie powinno to dziwić biorąc pod uwagę, że fabuła jest po prostu toporna, a dłuższych opisów, bardziej rozbudowanych dialogów, o bardziej „wyrafinowanych” zabiegach narracyjnych nie wspominając, ze świecą tu szukać.  No, ale przecież nie o to chodzi, prawda? Ma się czytać lekko, łatwo i przyjemnie. No i w zasadzie ten cel byłby osiągnięty, gdyby nie to jak książka jest wydana od strony technicznej. Podczas lektury miałem bowiem wrażenie, że ktoś ze mnie kpi, a oszczędności wydawnictwa na redakcji i korekcie poszły chyba o krok za daleko. Pal sześć tony literówek, pal sześć, że w jednym zdaniu mamy odległość (tę samą) mierzoną raz w jardach, raz w metrach. Pal sześć nawet torpedę z dwutonowym (!) ładunkiem. Ale jak trafiam na ten sam termin (ang. skipper) raz tłumaczony skiper a innym razem szyper to mam wrażenie, że ktoś tu tłumaczy fragmenty tekstu za pomocą Google, a potem je po prostu ze sobą skleja bez, choćby pobieżnego, przeczytania całości.

Mam wrażenie, że Erica znalazła sobie całkiem niezły sposób na przyzwoity zarobek – kupić za jakieś śmieszne pieniądze prawa do zachodniej wojennej pulpy z lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych, przetłumaczyć to „po taniości” i wydać w efektownej formie na naszym rynku. Tego typu podejście może się sprawdzić całkiem nieźle, bowiem amatorów wybitnie niewymagającej literatury wojennej znajdzie się bez wątpienia niemało. Jeśli już jednak szukamy rozrywkowej literatury o akcji oddziału specjalnego na tyłach wroga podczas II wojny światowej (z kronikarskiego obowiązku zaznaczę tylko, że w przypadku Operacji Leopard tematem jest niemiecki desant na wyspę Leros w 1943 r.) to już lepiej sięgnąć po wspomnianego wcześniej MacLeana – choćby Działa Nawarony, albo Komandosów z Nawarony. Osobiście nie żałuję, że książkę Kesslera przeczytałem, na szczęście zajęło mi to ledwie dwa dni. Tyle tylko, że przy okazji zakupów w taniej książce nabyłem też dwie inne pozycje jego autorstwa i mam wrażenie, iż raczej nieprędko po nie sięgnę.

1,5/6

Ocena w skali PHW:

Temat i treść:  2/10
Język, styl, kompozycja tekstu: 3/10
Forma wydawnicza: 2/10

PS. Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Portalu Historyczno-Wojskowego

środa, 10 kwietnia 2013

Admirał Świrski - Marcin Graczyk - recenzja z Portalu historyczno-Wojskowego www.phw.org.pl

W historii każdej w zasadzie ludzkiej zbiorowości trafiają się takie postacie, które, choć wywarły na swoje czasy ogromny wpływ, z biegiem lat stają się w pewnym sensie zapomniane. Przyczyny takiego stanu rzeczy mogą być różne: czasem jest to kwestia skłonności rzeczonych do działań zakulisowych, czasem wyraźna niechęć współczesnych do danej osoby, czasem wreszcie uwarunkowania ideologiczno-polityczne w latach późniejszych. W polskiej historii niewątpliwie postacią taką jest admirał Jerzy Świrski – jedna z osób, dzięki którym polska historia morska w XX wieku przybrała taki, a nie inny kształt. Stąd też za niezwykle cenną należy uznać książkę Marcina Graczyka pt. Admirał Świrski opublikowaną przez oficynę Finna w tematycznej „Serii z kotwiczką”. Jest to bowiem ważny głos na rzecz przypomnienia niesłychanie ciekawej postaci wieloletniego szefa Kierownictwa Marynarki Wojennej.

No właśnie, czy faktycznie Świrski był postacią aż tak ciekawą, aby warto było pisać (i czytać) jej biografię? Co do tego nie ma w mojej opinii żadnych wątpliwości – jeśli komuś nie wystarczy sam fakt, iż człowiek ten był jednym z głównych twórców Polskiej Marynarki Wojennej w okresie tuż po odzyskaniu niepodległości, a następnie przez dwadzieścia lat pełnił funkcję szefa Kierownictwa Marynarki Wojennej, to aby dodać pikanterii można przypomnieć, iż generalnie rzecz biorąc Świrski był człowiekiem ewidentnie nielubianym przez współpracowników, zasadniczym i raczej antypatycznym. Zresztą, Graczyk zdaje się przypominać czytelnikowi ten fakt, dosłownie, do znudzenia. Wracając jednak do postaci głównego bohatera omawianej biografii, można dojść do wniosku, że jeśli komuś obdarzonemu wspomnianymi przymiotami udaje się najpierw sukcesywnie zdobywać kolejne militarne honory, a następnie przez tyle lat utrzymywać na szczytach wojskowej władzy, to jednak musi być coś na rzeczy. I rzeczywiście, z kart biografii przebija postać nietuzinkowa, mająca wizję, cel i wystarczająco dużo determinacji aby je realizować bez względu na ponoszone koszty. W tym sensie książka o Świrskim jest nie tylko godnym i należnym hołdem złożonym człowiekowi, który jest współtwórcą polskiej historii morskiej, ale także podręcznikowym wręcz przykładem tego, czym powinna być udana biografia – opowieścią o wyjątkowym człowieku i jego czasach. Obserwujemy zatem całościowy przebieg kariery Świrskiego, od początków w marynarce carskiej, przez burzliwy okres upadku imperium i tworzenia się polskiej państwowości (z ciekawym epizodem w marynarce ukraińskiej), przez żmudny proces budowy polskiej Marynarki Wojennej, lata wojny, aż po działalność admirała na emigracji. Graczyk z wielką dbałością o szczegóły stara się pokazać postać Świrskiego z dwóch perspektyw – tego w jakich warunkach działał i tego w jaki sposób był postrzegany. W tym kontekście działania Świrskiego są zwykle przedstawiane przez Graczyka jako stawiające go w opozycji do warunków w jakich przyszło mu działać i ludzi, z jakimi przyszło pracować. No cóż, niewątpliwie szef KMW nie należał do osób, które szły z prądem. Sama biografia zachowuje klasyczny układ chronologiczny. W warstwie narracyjnej dość charakterystyczne jest przeplatanie faktów z opisami tła poszczególnych wydarzeń. Wszystko to wzbogacają liczne wspomnienia, sceny i anegdoty z życia admirała, a także pojawiająca się gdzieniegdzie odautorska interpretacja i ocena postaci i działań Świrskiego. Sama książka napisana jest co prawda dość topornie – widać, że dla Graczyka jest to pisarski debiut – trochę do życzenia pozostawia także korekta tekstu, trzeba jednak przyznać, że całość czyta się przyzwoicie, bez niepotrzebnego zgrzytania zębami - co przy biografiach nie jest niestety regułą.

Admirał Świrski jest zatem pozycją bez wątpienia wartościową. Rzuca sporo światła na postać, która, choć wniosła nieoceniony wkład w kształt i sukcesy Marynarki Wojennej, która budziła ogromne kontrowersje wśród współczesnych, to z czasem została nieco zapomniana znajdując się w cieniu wielu swoich podkomendnych, np. admirała Unruga. Może to konsekwencja właśnie tej niepopularności Świrskiego wśród współpracowników, może tego, iż rolę swoją odgrywał on nie na pokładzie okrętu, ale często z dala od morza – w gabinetach i na politycznych spotkaniach, może wreszcie tego, iż po wojnie zdecydował się pozostać na emigracji i aktywnie działał choćby w instytucie Sikorskiego. Trzeba jednak przyznać, że determinacja z jaką działał na rzecz silnej Polski na morzu musi budzić szacunek, tak samo jak jego dokonania w zakresie rozbudowy Polskiej Marynarki Wojennej. Tym, czego mi w książce Graczyka zabrakło jest podsumowanie dorobku Świrskiego i pokazanie tego, jak jego postać była (i jest) postrzegana przez potomnych. Odniosłem bowiem wrażenie, że autor kończąc książkę wraz z opowieścią o odejściu admirała, w pewnym sensie narrację urwał. Pomijając już oczywisty fakt, iż historia żadnego człowieka (a już szczególnie sprawującego za życia tak prominentne funkcje jak Świrski) nie kończy się wraz z jego odejściem, takie a nie inne zakończenie kłóci się w moim mniemaniu z nie stroniącym od analizy i oceny stylem całości. Mimo wszystko uważam, że jest to pozycja po którą warto sięgnąć. Stanowi bowiem nie tylko ważny przyczynek ku propagowaniu pamięci o naszej chlubnej historii morskiej, ale – jak już zaznaczyłem wcześniej – jest to po prostu solidnie napisana biografia niezwykle ciekawego człowieka.

3,5/6

Ocena w skali PHW:

Temat i treść: 7/10
Język, styl, kompozycja tekstu: 5/10
Forma wydawnicza: 7/10

PS. Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Portalu Historyczno-Wojskowego

środa, 3 kwietnia 2013

ßehemot - Peter Watts - recenzja z portalu Fantasta.pl

Twórczość Petera Wattsa można uznać za swoisty fenomen. Współcześnie niewielu jest bowiem pisarzy, którzy tworzyliby science fiction, które z czystym sumieniem można opatrzyć mianem „hard”. Kanadyjczyk zaś w niemal każdym ze swoich tekstów funduje nam solidną naukową podbudowę, bawiąc się w spekulacje i odnosząc do najnowszych odkryć. Z drugiej strony daleko mu do optymistycznej, twardej fantastyki z lat jej rozkwitu. Świat Wattsa jest brutalny, depresyjny, a jego bohaterów można bez przesady określić jako zbieraninę psychopatów i wykolejeńców. Tak jest również w wieńczącym trylogię ryfterów ßehemocie.

Muszę przyznać, że najnowsza premiera Ars Machiny była w zasadzie jedyną książką planowaną na 2013 r., na której wydanie faktycznie czekałem. Jest bowiem w pisarstwie Kanadyjczyka coś takiego, co nie pozwala przejść wokół jego twórczości obojętnie, tym bardziej, że poprzednie części cyklu – Rozgwiazda i Wir zrobiły na mnie całkiem niezłe wrażenie. ßehemot jest w ścisłym sensie kontynuacją i zwieńczeniem cyklu, a podjęte w nim wątki w zdecydowanej większości zakorzenione są w fabule części poprzednich. Przed rozpoczęciem lektury zastanawiałem się, jaki ton przyjmie Watts tym razem. Otwierająca trylogię Rozgwiazda była bardzo stonowana, klaustrofobiczna, mocno skupiona na psychologii bohaterów i budowaniu klimatu (no może jeszcze wprowadzała parę świetnych fabularnych „gadżetów”), z kolei Wir stanowił wręcz jej przeciwieństwo, pokazując obraz pożogi i zniszczenia o epickich wręcz rozmiarach. W ßehemocie Watts wpisuje się gdzieś pomiędzy te dwie skrajności. Znów mamy zatem dno oceanu, znów mamy epicki obraz zniszczenia świata, znów pojawia się nieznane biologiczne zagrożenie dla życia pod znaną nam postacią. No i znów mamy Lenie Clarke, Kena Lubina i Achillesa Dejardinsa w rolach głównych. Tu pewne zaskoczenie, mam bowiem wrażenie, że w trzeciej części trylogii ryfterów to właśnie Lubin i Dejardins wysuwają się na pierwszy plan. Lenie zrobiła już, co miała zrobić – zniszczyła świat. Teraz czas na większych psychopatów. Daje to Kanadyjczykowi, po raz kolejny zresztą, ogromne pole do popisu przy tworzeniu psychologii postaci. Pole wykorzystane zresztą w bardzo dobry sposób. Utrzymane w typowym dla kultury północnoamerykańskiej, lekko freudowskim tonie psychologizowania, z wyraźnym osadzeniem postaci, ich problemów, skłonności i motywacji w okresie dzieciństwa, historii i przeżyć. Powieść Wattsa jest w znacznej mierze studium walki bohaterów z samymi sobą, analizą zachowań niezwykłych ludzi w niezwykłych sytuacjach. Wszystko to stanowi jednak tylko część konstrukcji opartej na całkiem niezłej fabule. Nie ma tu co prawda specjalnego zaskoczenia, raczej konsekwentne dążenie w kierunku rozwiązania napięcia fabularnego zbudowanego w Rozgwieździe i Wirze. Ogólnie rzecz biorąc, jest jednak ciekawie, akcja toczy się wartko, kilkakrotnie wywodząc czytelnika w pole. Finał natomiast zdaje się dość oczywisty, choć trudno mówić o rozczarowaniu. Po prostu, Watts nie jest pisarzem, który odpalałby jakieś wielkie fajerwerki… choć efekt finalny i tak jest więcej niż dobry. Jest to zatem godne zakończenie jednej z najciekawszych fantastycznych trylogii ostatnich kilkunastu lat
.
Jest kilka przyczyn, dla których warto sięgnąć po prozę Wattsa. Niewątpliwie należą do nich: świetnie dopracowana strona naukowa, ciekawe pomysły i wciągająca akcja. Ale jest coś jeszcze. Można by się spodziewać, że autor, który zaludnia karty swych dzieł postaciami tak skrajnie sprowadzonymi do wymiaru biologicznych maszyn kierujących się podstawowymi instynktami, stanowiących momentami wręcz wypadkową własnej fizyczności i oddziaływania otoczenia, stworzy prozę raczej opisową, mechaniczną. Jest to jednak literatura wręcz kipiąca emocjami. Fakt, emocjami często bardzo negatywnymi, ale jednak dającymi Lenie, Kenowi czy Achillesowi duszę. I nie ma tu znaczenia, że jest to dusza mroczna i zbrukana. Wciąż są to postaci potrafiące przykuć uwagę czytelnika. Tak rozumiana trylogia ryfterów jest więc także historią o odkupieniu i przebudowie. No i o tym, jak chwiejny jest nasz świat i jak niewiele o nim wiemy. W tym sensie tak ßehemot, jak i poprzednie części cyklu są współczesną wariacją na temat jednego z centralnych motywów fantastyki jako konwencji w całej jej historii. I chyba zasłużenie powinno się trylogię Wattsa traktować jako pozycję już teraz klasyczną. Jest to po prostu porcja świetnej literatury, która może nie należy do lekkich, łatwych i przyjemnych, ale robi spore wrażenie, które na długo zapada w pamięć.

Twórczość Petera Wattsa można uznać za swoisty fenomen. Współcześnie niewielu jest bowiem pisarzy, którzy tworzyliby science fiction, które z czystym sumieniem można opatrzyć mianem „hard”. Kanadyjczyk zaś w niemal każdym ze swoich tekstów funduje nam solidną naukową podbudowę, bawiąc się w spekulacje i odnosząc do najnowszych odkryć. Z drugiej strony daleko mu do optymistycznej, twardej fantastyki z lat jej rozkwitu. Świat Wattsa jest brutalny, depresyjny, a jego bohaterów można bez przesady określić jako zbieraninę psychopatów i wykolejeńców. Tak jest również w wieńczącym trylogię ryfterów ßehemocie.

Muszę przyznać, że najnowsza premiera Ars Machiny była w zasadzie jedyną książką planowaną na 2013 r., na której wydanie faktycznie czekałem. Jest bowiem w pisarstwie Kanadyjczyka coś takiego, co nie pozwala przejść wokół jego twórczości obojętnie, tym bardziej, że poprzednie części cyklu – Rozgwiazda i Wir zrobiły na mnie całkiem niezłe wrażenie. ßehemot jest w ścisłym sensie kontynuacją i zwieńczeniem cyklu, a podjęte w nim wątki w zdecydowanej większości zakorzenione są w fabule części poprzednich. Przed rozpoczęciem lektury zastanawiałem się, jaki ton przyjmie Watts tym razem. Otwierająca trylogię Rozgwiazda była bardzo stonowana, klaustrofobiczna, mocno skupiona na psychologii bohaterów i budowaniu klimatu (no może jeszcze wprowadzała parę świetnych fabularnych „gadżetów”), z kolei Wir stanowił wręcz jej przeciwieństwo, pokazując obraz pożogi i zniszczenia o epickich wręcz rozmiarach. W ßehemocie Watts wpisuje się gdzieś pomiędzy te dwie skrajności. Znów mamy zatem dno oceanu, znów mamy epicki obraz zniszczenia świata, znów pojawia się nieznane biologiczne zagrożenie dla życia pod znaną nam postacią. No i znów mamy Lenie Clarke, Kena Lubina i Achillesa Dejardinsa w rolach głównych. Tu pewne zaskoczenie, mam bowiem wrażenie, że w trzeciej części trylogii ryfterów to właśnie Lubin i Dejardins wysuwają się na pierwszy plan. Lenie zrobiła już, co miała zrobić – zniszczyła świat. Teraz czas na większych psychopatów. Daje to Kanadyjczykowi, po raz kolejny zresztą, ogromne pole do popisu przy tworzeniu psychologii postaci. Pole wykorzystane zresztą w bardzo dobry sposób. Utrzymane w typowym dla kultury północnoamerykańskiej, lekko freudowskim tonie psychologizowania, z wyraźnym osadzeniem postaci, ich problemów, skłonności i motywacji w okresie dzieciństwa, historii i przeżyć. Powieść Wattsa jest w znacznej mierze studium walki bohaterów z samymi sobą, analizą zachowań niezwykłych ludzi w niezwykłych sytuacjach. Wszystko to stanowi jednak tylko część konstrukcji opartej na całkiem niezłej fabule. Nie ma tu co prawda specjalnego zaskoczenia, raczej konsekwentne dążenie w kierunku rozwiązania napięcia fabularnego zbudowanego w Rozgwieździe i Wirze. Ogólnie rzecz biorąc, jest jednak ciekawie, akcja toczy się wartko, kilkakrotnie wywodząc czytelnika w pole. Finał natomiast zdaje się dość oczywisty, choć trudno mówić o rozczarowaniu. Po prostu, Watts nie jest pisarzem, który odpalałby jakieś wielkie fajerwerki… choć efekt finalny i tak jest więcej niż dobry. Jest to zatem godne zakończenie jednej z najciekawszych fantastycznych trylogii ostatnich kilkunastu lat
.
Jest kilka przyczyn, dla których warto sięgnąć po prozę Wattsa. Niewątpliwie należą do nich: świetnie dopracowana strona naukowa, ciekawe pomysły i wciągająca akcja. Ale jest coś jeszcze. Można by się spodziewać, że autor, który zaludnia karty swych dzieł postaciami tak skrajnie sprowadzonymi do wymiaru biologicznych maszyn kierujących się podstawowymi instynktami, stanowiących momentami wręcz wypadkową własnej fizyczności i oddziaływania otoczenia, stworzy prozę raczej opisową, mechaniczną. Jest to jednak literatura wręcz kipiąca emocjami. Fakt, emocjami często bardzo negatywnymi, ale jednak dającymi Lenie, Kenowi czy Achillesowi duszę. I nie ma tu znaczenia, że jest to dusza mroczna i zbrukana. Wciąż są to postaci potrafiące przykuć uwagę czytelnika. Tak rozumiana trylogia ryfterów jest więc także historią o odkupieniu i przebudowie. No i o tym, jak chwiejny jest nasz świat i jak niewiele o nim wiemy. W tym sensie tak ßehemot, jak i poprzednie części cyklu są współczesną wariacją na temat jednego z centralnych motywów fantastyki jako konwencji w całej jej historii. I chyba zasłużenie powinno się trylogię Wattsa traktować jako pozycję już teraz klasyczną. Jest to po prostu porcja świetnej literatury, która może nie należy do lekkich, łatwych i przyjemnych, ale robi spore wrażenie, które na długo zapada w pamięć.

5/6

sobota, 23 marca 2013

Jałta. Cena pokoju - S.M. Plokhy - recenzja z Portalu Historyczno-Wojskowego phw.org.pl

Konferencja, która odbyła się na początku 1945 r. w Jałcie jest bez wątpienia jednym z najważniejszych wydarzeń kształtujących powojenny ład. W Polsce zarówno sama nazwa krymskiego kurortu jak i wydarzeń, które się w nim rozegrały podczas rzeczonej konferencji do dziś traktowane są często jako synonim kolejnego już sprzeniewierzenia się sojuszników Rzeczypospolitej i oddania jej pod okupację w zamian za doraźne korzyści polityczne. Zaskakuje w związku z tym niewielka ilość dostępnych u nas prac poświęconych temu brzemiennemu w skutki wydarzeniu[1] - szczególnie tych, które wykraczałyby w interpretacji i ocenie przebiegu, a także rezultatów konferencji poza perspektywę polską. Tę lukę znakomicie zdaje się wypełniać wydana przez Rebis praca S.M Plokhy’ego[2] - jednego z najbardziej znanych ukraińskich specjalistów od współczesnej historii Europy Środkowej i Wschodniej. Jałta. Cena pokoju stanowi studium bardzo cenne już choćby z powodu prostego faktu wykorzystania przez autora zarówno źródeł dostępnych na Zachodzie, jak i tych, które stały się dostępne dopiero po upadku ZSRR. Łączy przy tym punkt widzenia osoby urodzonej i wychowanej po socjalistycznej stronie żelaznej kurtyny z perspektywą współczesnego naukowca pracującego w czołowych ośrodkach za Oceanem. To jednak nie jedyne zalety omawianej pozycji.

W najogólniejszym zarysie książka Plokhy’ego to wnikliwe studium przebiegu lutowej konferencji połączone z pogłębionym zarysem motywacji, stanowisk i negocjacyjnych zagrywek stosowanych przez jej uczestników. Ukraiński autor podejmuje temat od momentu wyruszenia prezydenta Roosevelta na Maltę, zgrabnie przechodząc pomiędzy perspektywami i przeplatając zasadniczą narrację znaczną ilością faktów sławiących nie tylko merytoryczne tło opisywanych wydarzeń, ale przede wszystkim nadających tekstowi dynamiki, nie pozwalając czytelnikowi znudzić się opisami kolejnych sesji plenarnych i roboczych. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się po autorze, bądź co bądź, literatury faktu tego typu talentu „gawędziarskiego”. Z przyjemnością muszę jednak oddać Plokhy’emu honor - książka napisana jest bardzo dobrze, a proporcje miedzy faktami, tłem, anegdotami, analizami i dywagacjami, a czystą narracją są dobrane w sposób godny uznania.

Sam tekst ma układ chronologiczno-tematyczny. Poszczególne rozdziały w ogólnym zarysie odpowiadają porządkowi wydarzeń w okresie przed, w trakcie i po samej konferencji. W odniesieniu do tego co działo się w pałacach krymskiego kurortu podczas drugiego spotkania Wielkiej Trójki zastosowany jest jednak także klucz tematyczny. Dotyczy to w szczególności głównych, najciekawszych i najbardziej kontrowersyjnych punktów rozmów, czyli przede wszystkim kwestii Polski, niemieckich reparacji, a także zmian w globalnym układzie sił.

Jak zaznaczyłem wcześniej autor stara się w miarę możliwości dogłębnie przedstawić racje i cele poszczególnych aktorów, pokazując jednak także w jaki sposób starali się oni wygrywać partnerów dyskusji przeciw sobie. Plokhy odwołuje się w pewnym momencie do metafory Jałty jako globalnej, geopolitycznej gry nie tylko o przetrwanie, nie tylko o kształt powojennego świata, ale przede wszystkim o reguły, jakie będą nim rządzić. Co ciekawe, bezpośredniej, autorskiej oceny dokonuje dopiero w zasadniczym zakończeniu swojej książki pokazując konsekwencje konferencji i starając się odpowiedzieć na powtarzane od lat (szczególnie w naszej części świata) pytanie, czy Roosevelt i Churchill mogli zrobić coś więcej, aby ograniczyć roszczenia Stalina. Konstatacja Ukraińca jest dość gorzka, dochodzi on bowiem do wniosku, że narody Europy Środkowo-Wschodniej były w zasadzie skazane na los, jaki je de facto spotkał. Jest to opinia, która wyraźnie kontrastuje z powszechnym nad Wisłą i Odrą kojarzonym z Jałtą poczuciem zdrady Polski przez mocarstwa Zachodu. Samo zaś krymskie spotkanie ukazane jest jako jeden z wielu etapów w tworzeniu się nowego, powojennego świata – etap nie bardziej istotny niż konferencje w Teheranie czy Poczdamie. Mimo różnic z utrwalonym w zbiorowej wyobraźni Polaków obrazem Jałty trudno jednak odmówić argumentacji autora pewnych racji. Z tej perspektywy głównym bohaterem Ceny pokoju okazuje się być Stalin, a nie – jak to deklaruje Plokhy – Roosevelt. Przywódca ZSRR sportretowany jest jako mistrz wygrywania przeciw sobie stronnictw celem realizacji własnych celów, szczwany lis potrafiący zapędzić swoich interlokutorów (bo chyba jednak nie partnerów) tam, gdzie chce by się oni w negocjacjach znaleźli. Nie znaczy to jednak, iż mniej miejsca poświecił Plokhy Churchillowi czy Rooesveltowi. Szczególnie amerykański prezydent jawi się na kartach Jałty jako postać fascynująca. Mimo tego, ogólna wymowa tekstu sprowadza się do wniosku, iż nowy ład światowy, był przeważającej mierze dziełem nie słów wypowiedzianych przy stołach, ale tego, ile wojska i gdzie był w stanie rzucić radziecki dyktator.

Książkę Plokhy’ego uważam za pozycję niezwykle cenną. Nie tylko dlatego, iż pokazuje trochę odmienne od potocznego spojrzenie na przebieg i konsekwencje jałtańskich rozmów. Perspektywa ukraińskiego autora jest wyważona, dyskretna[3]. Cenne jest także wykorzystanie rozmaitych źródeł, znacznie wykraczających poza suche protokoły. Jest to przede wszystkim doskonale napisane studium kształtowania się powojennego świata, żywo pokazujące jak przez kilka lutowych dni w krymskiej konferencyjnej kuźni wykuwały się pryncypia stanowiące podwaliny relacji między mocarstwami (ale i mniejszymi krajami) w drugiej połowie XX wieku. W pewnym sensie jest to także próba zmierzenia się z mitem Jałty – moim zdaniem udana. Bo choć nie zmieni ona tego jak konferencja i jej główni aktorzy oceniani są przez kolejne pokolenia, pozwala ona dogłębnie i bez zbędnych emocji zastanowić się nad tym jak i dlaczego potoczyły się wydarzenia. Nie po to aby osądzać, ale aby lepiej zrozumieć.

5,5/6

Ocena wg skali PHW:

Temat i treść: 9/10
Język, styl, kompozycja tekstu: 8/10
Forma wydawnicza: 9/10


-------------------------------------------------------------------------------
[1] Por. np. Krystyna Kersten Jałta w polskiej perspektywie, Warszawa 1989; Marian Drozdowski, Hanna Marczewska-Zagadańska Jałta – spór o Polskę¸Opole 1998, Ryszard Frelek Jałta ’45, Warszawa 1985
[2] Swoją drogą dość kuriozalne wydaje się publikowanie tej pracy podpisanej angielską transkrypcją nazwiska autora (nawet jeśli książka została napisana i pierwotnie wydana po angielsku). W mojej opinii znacznie bardziej naturalne byłoby użycie transliteracji z cyrylicy i podpisanie autora jako Serhij Płochy lub Serhij Płochij – M.R.
[3] Choć trzeba przyznać, że redakcja naukowa zwróciła uwagę na pewną asymetrię w podejściu Plokhy’ego choćby do kwestii konfliktów na mieszanych etnicznie terenach polsko-ukraińskich

PS. Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Portalu Historyczno-Wojskowego -LINK

wtorek, 12 marca 2013

Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy - Jeffrey Ford - recenzja z portalu Fantasta.pl

Recenzję tę zacznę, być może przewrotnie, od pytania: za co czytelnicy lubią Ucztę Wyobraźni? Za świetny warsztat autorów, którzy są w tej serii publikowani? Niewątpliwie. Za niebanalne pomysły pokazujące potencjał tkwiący w konwencji, jaką jest fantastyka? Z pewnością. Za teksty zapadające w pamięć, obok których trudno przejść obojętnie? Zdecydowanie tak. Za udowodnienie, że podziały miedzy literaturą głównego nurtu a gatunkową są często sztuczne? Także. Za mające coś z przyjemnej próżności poczucie elitarności wynikające z obcowania z prozą „dla wybranych”? Czasem też. W porządku… ale czy każda książka opublikowana w serii MAGa daje nam to wszystko? No cóż, to już pytanie, na które każdy czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam. Z mojej perspektywy taką książką jest niewątpliwie omnibus tekstów Jeffreya Forda znanego u nas przede wszystkim z Fizjonomiki i jej kontynuacji. Na solidnej grubości książkę składa się zbiór opowiadań zatytułowany Asystentka pisarza fantasy,a także powieść pt. Portret pani Charbuque. I nie ma co się zbytnio rozwodzić – trzeba po prostu przyznać, że jest to jedna z najlepszych pozycji, jakie do tej pory ukazały się w Uczcie Wyobraźni.

Jak zaznaczyłem w poprzednim akapicie, książkę otwiera zbiór najlepszych opowiadań Forda. Tym, co z miejsca rzuca się czytelnikowi w oczy, to fakt, iż teksty Amerykanina są zwykle bardzo krótkie. Muszę przyznać, że dzięki temu robią w większości doskonałe wrażenie i w pewnym sensie nawiązują do sedna tego, czym dla fantastyki były opowiadania – przede wszystkim doskonałymi pomysłami ubranymi w maksymalnie zwięzłą literacką formę. A że Fordowi pomysłów nie brakuje, otrzymujemy wybór tekstów ogromnie zróżnicowanych. Zróżnicowanie to sprowadza się zresztą także do sposobu, w jaki Amerykanin pisze, świetnie operując różnorakimi konwencjami lub oddając literacki hołd pisarzom, którzy stanowili dla niego inspirację. Obok utworów odwołujących się do Poego (Zombie Malthusiana), Kafki (Jasny poranek) czy Lovecrafta (Z głębi kanionu) mamy teksty znacznie bardziej złożone stylistycznie, wręcz eksperymentalne (Pansolapia, Delikatny), klasyczne, humorystyczne science fiction (Miasto Egzo-Szkieletów), a nawet antybaśń (Reparata). Tym, co stanowi wspólny mianownik większości tekstów składających się na Asystentkę pisarza fantasy, jest wyraźna tendencja do podążania w kierunku klasycznych opowieści niesamowitych; różnią się tylko szaty, w jakie te opowieści zostają przez Forda ubrane. Świetne wrażenie robi też nie tylko twórcza samoświadomość (widoczna choćby w komentarzach do każdego z tekstów), ale przede wszystkim dystans, z jakim Ford traktuje siebie jako autora niszowego, czyniąc siebie (lub swoje alter ego) bohaterem czy wręcz narratorem niektórych tekstów. Zabieg, który często mógłby wywrzeć raczej wrażenie taniego efekciarstwa, w dziełach autora Asystentki pisarza fantasy sprawdza się świetnie.Krótko mówiąc, jest to świetny zbiór opowiadań kapitalnego pisarza, a historie takie jak Jasny poranek, Kobieta,która liczy swoje oddechy, Zombie Malthusiana, Miasto Egzo-Szkieletów, czy opowiadanie tytułowe długo pozostaną w mojej pamięci.

Drugą część omnibusa stanowi chyba najbardziej znana (obok tekstów o fizjonomiście Cleyu) powieść Forda, czyli Portret pani Charbuque. Amerykanin zabiera czytelników w fascynującą podróż do Nowego Jorku końca XIX wieku, pokazując świat schyłku ery wiktoriańskiej w Stanach Zjednoczonych. A trzeba przyznać, że jest to świat fascynujący – autor bowiem ze sporą dbałością o detale oddaje nie tylko środowisko artystyczne, ale także zwraca uwagę na mające w tym okresie miejsce przemiany społeczne związane z rewolucją przemysłową. Tym, co stanowi sedno Portretu pani Charbuque, jest jednak nie historyczny detal, ale to, do czego Ford zdołał przyzwyczaić przy okazji swoich opowiadań, a mianowicie kapitalny pomysł. Tu główny bohater – malarz Piambo – dostaje nietypowe zlecenie. Ma namalować portret tajemniczej pani Charbuque, nie mogąc oglądać jej oblicza, opierając się tylko na opowieści, którą codziennie przez godzinę snuje ona zza parawanu. Choć skojarzenia z postacią Szeherezady nie będą tu bynajmniej niewłaściwe, to powieść Amerykanina ma do zaoferowania o wiele więcej. Przyjęcie zlecenia wplątuje bowiem malarza w intrygę, której skalę trudno oszacować. Wraz z głównym bohaterem w wir wydarzeń wciągnięty zostaje także czytelnik. Dawno nie miałem okazji trafić na książkę, od której tak trudno byłoby mi się oderwać. Momenty wartkiej akcji przeplatane są fragmentami nastrojowej opowieści, sprawdzonym wzorem zawieszanej w momentach największego napięcia. Charakterystyczne dla tego autora krótkie rozdziały nadają tekstowi świetną dynamikę i powodują, że wypowiadane przed snem „jeszcze tylko jeden rozdział” bywa powtarzane kilkakrotnie w ciągu wieczoru, a czasem i nocy. Wszystko to w drodze do przewrotnego, mocnego zakończenia. W ogólnym rozrachunku można Portret pani Charbuque potraktować jako bardzo ciekawą, wciągającą opowieść odwołującą się do klasycznych opowieści niesamowitych, kryminałów, ale także sięgającą do motywów baśniowych czy mitycznych, z wyraźną paraboliczną wymową zakończenia.

Trzeba przyznać, że kolejny już omnibus wydany w ramach Uczty Wyobraźni należy uznać za ze wszech miar udany. Nie dość, że teksty Forda są pomysłową, zróżnicowaną stylistycznie literaturą zgodnie z duchem serii ignorującą podziały gatunkowe, to są one także dowodem na to, iż wbrew często wyrażanej opinii, proza publikowana w prestiżowej serii MAGa wcale nie musi być trudno przyswajalna. Forda czyta się (no, może z małymi wyjątkami w przypadku dwóch bardziej eksperymentalnych opowiadań) po prostu znakomicie. Rekomendowanie tej pozycji tym, którym twórczość Amerykanina jest znana, wydaje się zbędne. Natomiast tym, którzy mają jakiekolwiek wątpliwości, z czystym sumieniem mogę polecić właśnie Portret pani Charbuque Asystentkę pisarza fantasy. Jest to bowiem, kolejna już, prawdziwa uczta dla wyobraźni.

5,5/6

piątek, 1 marca 2013

Vertical - Rafał Kosik - recenzja z portalu Fantasta.pl

Co jakiś czas daje się słyszeć wśród fantastów, szczególnie tych trochę starszej daty, narzekania, że obecnie już się u nas nie pisuje takiej fantastyki jak kiedyś. Lema nie ma, Zajdla nie ma, inni twórcy ich pokolenia albo opuścili już ziemski padół, albo pisania dawno zaprzestali, albo, jak choćby Oramus, siedzą w dziwnej niszy, gdzie sarkając na cały świat wypuszczają jakieś teksty, które szersza publiczność ma w głębokim poważaniu. Zawsze gdy słyszę głosy tego typu, od razu przychodzi mi do głowy osoba Rafała Kosika – pisarza, który choć należy już do kolejnej generacji twórców fantastyki, a identyfikowany jest przede wszystkim z bestselerową serią dla młodzieży o przygodach Felixa, Neta i Niki, tworzy także świetną, klasyczną science fiction pełnymi garściami czerpiącą z tradycji tej konwencji. Przykładem jego talentu może być choćby Vertical - powieść nominowana do Nagrody im. Janusza A. Zajdla za rok 2006.

Jak zaznaczyłem wcześniej, druga „dorosła” powieść Kosika jest w swej formule bardzo klasyczna, balansując gdzieś na przecięciu fantastyki problemowej, socjologicznej i przygodowej. Odbiorca z miejsca wrzucony jest w świat dziwny, nieznany – świat miast poruszających się na pionowych linach w dążeniu do bliżej nieznanego celu. Głównym bohaterem jest zaś dorastający chłopak, chcący poznać mechanizmy rządzące Verticalem, nawet za cenę złamania wszelkich zasad. Powieść od pierwszych stron wciąga – przede wszystkim niezwykle ciekawy jest pomysł na sam świat przedstawiony. Czytelnik wraz z bohaterami stara się doszukać sensu, logiki i jakichkolwiek prawidłowości, które pozwoliłyby uzasadnić, jak w ogóle możliwe jest zaistnienie uniwersum miast wiszących na linach. Tym bardziej, że sam sposób przedstawiania akcji, nacechowany raczej postawą racjonalno-techniczną i magiczną, wyraźnie sugeruje, iż mamy do czynienia z science fiction, a nie fantasy. Ponadto już od pierwszych stron sporo się dzieje. Kosikowi świetnie udaje się wpleść prezentację świata w ciekawą warstwę fabularną. Nie ma tu przestojów, zbędnego filozofowania czy kilkustronicowych opisów, dialogi są żywe, przekonujące, a wydarzenia kilkakrotnie przyjmują obrót zgoła zaskakujący. Co ważne, samo zakończenie powieści rodzi równie wiele pytań, co udziela odpowiedzi.

Vertical nie jest co prawda pozbawiony wad, matematyczno-naukowe talenty głównego bohatera są wręcz niewiarygodne, wszystko, co się da, jest tu wyliczone, ustalone w sposób do bólu racjonalny, co kontrastuje z absurdalnie nieracjonalnym światem. Członkowie społeczności odseparowanej od własnej historii, nieznającej świata poza tym na linach posługują się czasem zaskakująco bogatym słownictwem, odnoszącym się do obiektów, które w życiu ich czy ich przodków pojawić się nie mogły. Takich drobnych ziarenek piasku jest tu co najmniej kilka, nie są one jednak na tyle istotne, aby w jakiś zasadniczy sposób przeszkadzać w lekturze. Vertical jest w moim mniemaniu przede wszystkim wciągającą opowieścią o młodzieńczym buncie przeciw skostniałemu światu. Tym, co stanowi o wartości tej powieści, jest to charakterystyczne dla klasycznej fantastyki naukowej bezkompromisowe pytanie o świat, który nas otacza i entuzjastyczne poszukiwanie racjonalnych odpowiedzi. W tym sensie jest to książka, która z pewnością da wiele radości tym, którzy w swojej przygodzie z fantastyką czują się obecnie zalani przez sztampowe fantasy, często niezrozumiałe formalne eksperymenty New Weird lub rozrywkowa quasi-fantastykę z wampirami na pierwszym planie. U Kosika mamy bowiem do czynienia z literaturą, w której jest miejsce na pomysł, na problem, na człowieka i na pytania. A że jest to też niezła literatura przygodowa? Tym lepiej, mam bowiem wrażenie, że powieści takich jak Vertical trochę obecnie brakuje.

4,5/6

piątek, 22 lutego 2013

Porucznicy 1939 - Tomasz Stężała - kolejna gościnna recenzja z Portalu Historyczno-Wojskowego www.phw.org.pl

Historyczno-militarna beletrystyka cieszy się w Polsce całkiem sporą popularnością. Wydawcy bardzo chętnie sięgają nie tylko po uznanych pisarzy zagranicznych, jak Kessler, Hassel czy Buchheim, ale coraz częściej dają szansę rodzimym twórcom. Jednym z czołowych autorów tego nurtu jest elblążanin Tomasz Stężała, historyk-amator, który zwrócił na siebie uwagę szerszej publiczności dwutomową powieścią Elbing 1945. Autor ten postanowił jednak sięgnąć do historii własnej rodziny, a  dokładniej do osoby Bolesława Nieczui-Ostrowskiego – wybitnego oficera, jednego z organizatorów Związku Walki Zbrojnej we Lwowie, dowódcy 106. DP AK. W otwierającej cykl „Trzy Armie” powieści Porucznicy 1939  Stężała pokazuje jednak wcześniejszy okres wojskowej kariery swego antenata, skupiając się na dramatycznych wydarzeniach początków II wojny światowej.

Elblążanin łamie klasyczną w powieściach historycznych formułę przedstawienia wydarzeń z jednej, określonej pozycji. Stężała proponuje rozwiązanie znacznie ciekawsze, nie tylko z formalnego punktu widzenia, ale przede wszystkim ze względu na wymowę. Fabuła przedstawiana jest bowiem oczami poruczników trzech armii zaangażowanych we wrześniowy konflikt. Mimo tego samego stopnia w wojskowej hierarchii widać między bohaterami zasadnicze różnice dotyczące celów, motywacji, perspektyw, ale także samych wzorów zachowań wynikających z otoczenia (nie tylko wojskowego) w jakim przyszło im funkcjonować. Mimo tego – może trochę behawiorystycznego - podejścia bohaterom Stężały nie można odmówić podmiotowości, co trzeba zapisać elblążaninowi na niewątpliwy plus. Zastosowanie takiego rozwiązania w konstrukcji bohaterów rodzi bowiem ryzyko nakreślenia postaci odczłowieczonych, będących tylko wypadkową zewnętrznych sił na nie działających. W Porucznikach 1939 mamy jednak do czynienia z żywymi ludźmi, zmuszonymi do podejmowania trudnych, odpowiedzialnych wyborów. Muszę też przyznać, że autor całkiem zgrabnie wybrnął z innego problemu rodzącego się przy zastosowanej perspektywie narracyjnej, a mianowicie z trudności w wykreowaniu jednoznacznego podziału protagoniści-antagoniści. Co prawda bez wątpienia można stwierdzić, że głównym „pozytywnym” bohaterem jest porucznik Nieczuja-Ostrowski, jednak jego odpowiednicy zarówno w Wehrmachcie, jak i w NKWD (sic!) dają się do pewnego stopnia lubić, a ich perypetie śledzi się z zainteresowaniem nie mniejszym niż to, które budzi wątek dziadka autora. Jedyne co rzuca się w oczy to pewien dysonans pojawiający się przy zestawieniu wspomnianych oficerów z „masą” Niemców czy Rosjan, jednak w tego typu –w zasadzie rozrywkowej – literaturze, jest to element tak powszechny, że w zasadzie trudno traktować go jako jakiś większy mankament całości. Dobre wrażenie robi też warstwa obyczajowa powieści. Otrzymujemy zatem to, czego zwykle oczekują miłośnicy historycznej beletrystki: sporo detali na temat codziennego życia w przedstawianych historycznych warunkach. Dotyczy to także warstwy militarnej, której Stężała poświecił sporo uwagi, szczególnie w zakresie przygotowania działań, a także przebiegu późniejszych walk, np.  w rejonie Różana.

Trzeba jednak przyznać, że Porucznicy 1939 nie są pozbawieni pewnych wad. Pierwszą jest pewna naiwność, przewidywalność warstwy obyczajowej powieści. Szczególnie uderza to w przypadku planujących swą przyszłość młodych Niemców – nie sposób pozbyć się wrażenia, że od początku do końca wiemy jak rozwiną się ich wątki. Drugim, poważniejszym problemem, jest sama fabuła powieści. Na pierwszy rzut oka wszystko zdaje się być na miejscu: świat przedstawiony i bohaterowie są wyraźnie osadzeni w czasie, poszczególne wątki toczą się w zmiennym tempie, ale jednak zdecydowanie do przodu, wreszcie przychodzi nieuchronny początek wojny, pojawia się więcej akcji, wreszcie wrzesień się kończy, przychodzi rok 1940 i… no właśnie, wraz z końcem książki w zasadzie nic nam nie zostaje. Zakończenie jest oczywiście jak najbardziej otwarte, należy się bowiem spodziewać kolejnych tomów „Trzech armii”, nie mogę się jednak pozbyć wrażenia, że w zasadzie lektura Poruczników 1939 to niewiele więcej niż tylko solidna porcja historyczno-militarnej rozrywki na parę godzin.

Najsilniejszymi punktami pierwszej części nowego cyklu elblążanina są zwrócenie uwagi na postać Bolesława-Nieczui Ostrowskiego, zerwanie z jednoznacznym podziałem na protagonistów i antagonistów, a także pokazanie wydarzeń września 1939 roku z kilku różnych perspektyw. Choć Stężałę trudno nazwać wielkim talentem literackim powieść czyta się dobrze i lekko. Można zatem stwierdzić, że w przyjętej rozrywkowo-historycznej konwencji Porucznicy 1939 są pozycją zdecydowanie godną uwagi. Myślę, że warto poczekać także na kolejne powieści Stężały. Niedociągnięcia warsztatu autor ten rekompensuje bowiem na innych polach, a fabularny potencjał w postaci barwnego życiorysu jego przodka powoduje, iż po zapowiadanych Kapitanach 1941 można się spodziewać całkiem sporo.

3,5/6

Oceny wg skali PHW

Temat i treść:  7/10
Język, styl, kompozycja tekstu: 5/10
Forma wydawnicza: 6/10

PS. Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Portalu Historyczno-Wojskowego, któremu serdecznie dziękuję za koleją możliwość publikacji na ich stronie - LINK